Krzysztof Komeda

Żona nazywała go “kuternogą”. Nie stronił od romansów z pięknymi kobietami. 90 rocznica urodzin Krzysztofa Komedy

27 kwietnia 1931, w Poznaniu, urodził się Krzysztof Komeda. Dziś przypada 90 rocznica jego urodzin. Był objawieniem polskiej sceny jazzowej i kompozytorem filmowym, który olśnił Hollywood. Gdyby nie przedwczesna śmierć, mógłby zostać jednym z gigantów muzyki filmowej. Dziś przedstawiamy historię fascynującego życia Krzysztofa Komedy.

Krzysztof Komeda był legendą polskiej muzyki. Skradł serce niejednej kobiety
foto: Marek Karewicz

Krzysztof Komeda mógł zostać jednym z najwybitniejszych jazzmanów XX wieku. Miał wszystko, by zrealizować ten cel – ogromny talent, uznanie w polskiej i światowej branży, kontakty w świecie artystycznym i propozycje współpracy płynące prosto z Hollywood.

Niestety nieszczęśliwy wypadek spowodował, że muzyk zmarł w wieku zaledwie 38 lat. Co się wydarzyło na feralnej skarpie w Los Angeles? I co z tym wszystkim wspólnego miał Marek Hłasko?

Dzieciństwo w cieniu wojny i choroby

Krzysztof Komeda urodził się w 1931 r. jako Krzysztof Trzciński. Już będąc dzieckiem, wykazywał niesamowitą muzykalność, co spowodowało, że w wieku czterech lat zaczął pobierać naukę gry na pianinie. Jako zaledwie ośmiolatek został przyjęty do konserwatorium muzycznego, jednak wojna pokrzyżowała jego edukacyjne plany.

Gdy rodzina Trzcińskiego została przesiedlona z Poznania do Częstochowy, uczył się gry na instrumencie prywatnie i w konspiracji. Po zakończeniu wojny kontynuował naukę w państwowej szkole muzycznej. W dzieciństwie Krzysztof Trzciński przeszedł również chorobę Heinego-Medina, która powodowała u niego ogólne osłabienie i utratę czucia w prawej nodze. Do końca życia utykał, jednak niedowład nie był w stanie przeszkodzić mu w uprawianiu sportów, a przede wszystkim w grze na ukochanym fortepianie, gdzie trzeba sprawnie używać pedałów.

Do historii przeszło też wydarzenie z dzieciństwa Trzcińskiego, które stało się inspiracją do stworzenia jego późniejszego pseudonimu artystycznego. Przyszły muzyk bawiąc się z kolegami na podwórku w wojnę, napisał na drzwiach jednego z budynków słowo komenda z błędem ortograficznym. “Komęda” przylgnęło do niego, więc kiedy szukał oryginalnego pseudonimu artystycznego, pozbył się “ogonka” z dziecięcej ksywki i został światowo brzmiącym Krzysztofem Komedą.

Muzyk, który leczy

Gdy doszło do wyboru drogi życiowej, Krzysztof Trzciński postawił jednak na bardziej stateczny zawód niż muzyk. Za namową swojej matki zdecydował się na studia medyczne. Muzyka jednak zawsze była jego miłością numer jeden. Choć w PRL granie jazzu było nielegalne, ten właśnie gatunek muzyczny najbardziej fascynował młodego Trzcińskiego. Spotykał się z kolegami na tajne jam session, utwierdzając się w przekonaniu, że to jest właśnie to, co kocha robić najbardziej w życiu.

Po ukończeniu studiów rozpoczął nawet praktyki w klinice w Poznaniu jako laryngolog, jednak równolegle wciąż spotykał się z zaprzyjaźnioną grupą muzyków, by rozwijać pod ich okiem swoją pasję i warsztat. W latach 50.h przyjął pseudonim artystyczny Krzysztof Komeda, by ukryć przed współpracownikami i przełożonymi ze szpitala swoją działalność artystyczną.

Choć kariera w roli laryngologa stała przed nim otworem, a Trzciński dostał propozycję, by rozwijać się dalej w prestiżowej klinice w Czechach, to muzyka stała się jego powołaniem. Porzucił szpital na rzecz występów z własnym zespołem Komeda Sextet, który stworzył z saksofonistą Janem “Ptaszynem” Wróblewskim i wibrafonistą Jerzym Milianem. Złożona z wybitnych muzyków grupa odniosła spektakularny sukces na 1. Festiwalu Jazzowym w Sopocie, co otworzyło jej drzwi do wielkiej muzycznej kariery. Menedżerką Krzysztofa Komedy została Zofia Tittenbrun, która była jedną z osób namawiających go do porzucenia lekarskiej ścieżki. Pomimo tego, że miała w zwyczaju mówić o nim żartobliwie “ryży i kuternoga, to przestroga od Boga”, niedługo później została jego żoną i muzą.

Krzysztof Komeda (pierwszy od lewej) z grupą Sextet
Krzysztof Komeda (pierwszy od lewej) z grupą Sextet, foto: Janusz Uklejewski

W 1958 r. małżeństwo Komedów zaprzyjaźniło się ze światowej sławy jazzmanem Davem Brubeckiem i jego żoną Iolą. Amerykański muzyk przyjechał wtedy na turneé po Polsce i podczas jednej z suto zakrapianych imprez poznał kilku polskich jazzmanów, w tym Krzysztofa Komedę. Polak postanowił towarzyszyć słynnemu koledze po fachu na koncercie w kolejnym mieście. Podróżowali wspólnie pociągiem i to właśnie w tym środku transportu zadzierzgnęła się ich przyjaźń. Dwa małżeństwa utrzymywały ze sobą kontakt przez wiele lat, wymieniając listy.

Pasja do sportów i do szybkich samochodów

Gdy kariera Krzysztofa Komedy nabrała rozpędu, zaczął przywozić z podróży po Europie coraz to droższe przedmioty, na które nie było stać przeciętnego Polakach w czasach PRL. Szczególnie gustował w szybkich autach. Uwielbiał wyścigi samochodowe i brawurową jazdę na nartach. Przybrany syn jazzmana twierdzi, że zamiłowanie do ekstremów było jego sposobem na radzenie sobie z niedowładem nogi.

– Introwertyk, pracoholik, z ogromną siłą woli, który potrafił, w sposób niezauważony, kierować otoczeniem. Walczył ze skutkami choroby Heinego-Medina, czyli z jedną krótszą i szczuplejszą nogą – przez to podejmował ryzykowne projekty, jak wariacka jazda na nartach, pływanie poza strefy strzeżone czy agresywne prowadzenie samochodu, które kończyło się stłuczkami – mówił o przybranym ojcu w rozmowie z Onetem Tomasz Lach, syn Zofii Komedowej, którego wychowywał Krzysztof Komeda.

Odkryty przez film

Młodym, oryginalnym muzykiem szybko zainteresowało się środowisko artystyczne. Początkiem przygody Krzysztofa Komedy ze światem filmu było spotkanie z nikomu jeszcze nieznanym studentem łódzkiej filmówki… Romanem Polańskim.

Filmowiec zafascynował się twórczością jazzmana i postanowił zaproponować mu napisanie muzyki do swojej debiutanckiej etiudy “Dwaj ludzie z szafą”. Podobno Polański obawiał się, że Komeda nie będzie zainteresowany jego propozycją, jednak artysta z chęcią ją przyjął. Od tamtej pory Roman Polański i Krzysztof Komeda stworzyli jeden z najwybitniejszych duetów w dziejach kina.

Rozumieli się bez słów i pracowali razem nad takimi klasykami jak “Nóż w wodzie” czy “Dziecko Rosemary”. Kompozycjami jazzmana zainteresowali się również Andrzej Wajda, Janusz Lucjan Nasfeter i Janusz Morgenstern. Komeda skomponował przejmującą muzykę do ich najważniejszych filmów. W sumie przez całe życie napisał muzykę do ponad 60 obrazów filmowych. Był niezwykle płodnym twórcą, który uwielbiał działać systematycznie i zgodnie z wcześniej ustalonym planem dnia.

Objawienie Hollywood

W 1968 r. Krzysztof Komeda na zaproszenie Romana Polańskiego poleciał do Los Angeles. Reżyser poprosił go o skomponowanie muzyki do horroru “Dziecko Rosemary”. Podobno muzyk wylądował w Mieście Aniołów, mając zaledwie parę groszy w kieszeni, a już kilka miesięcy później został doceniony, mieszkał w eleganckim apartamencie i bywał na hollywoodzkich imprezach wraz ze śmietanką gwiazd.

– Miał wyjechać w styczniu 1968 roku, jednak Roman Polański, z którym współpracował, naciskał, żeby stało się to wcześniej. Zosia [Komedowa, żona Krzysztofa Komedy – przyp.red.] wezwała mnie w trybie pilnym, na kilka dni przed Wigilią 1967. Już nie mieszkałem wtedy z nimi. Przyjechałem wieczorem, prosto z pociągu, a Krzysztof wylatywał następnego dnia rano. Na lotnisko pojechali we dwójkę, mnie uścisnął pod domem i klepnął w plecy na pożegnanie – mówił w rozmowie z Onetem Tomasz Lach, pasierb Komedy.

Krzysztof Komeda wyjechał do Stanów sam. Jego małżeństwo przechodziło kryzys, więc z ulgą wyrwał się na Zachód. Jak wspominał po latach jego pasierb, związek muzyka i jego matki przechodził wiele kryzysów. Jazzman miał dopuszczać się zdrad, co chwiało z pozoru zgodnym małżeństwem. Roman Polański w rozmowie z Magdaleną Grzebałkowską na potrzeby książki “Komeda. Osobiste życie jazzu”, tak mówił o wyjeździe Krzysztofa Komedy z ojczyzny:

“(…) jechał do pracy. Zaproponowałem studiu kompozytora i ono się tym zajęło. Wątpię poza tym, czy Krzysio chciałby, żeby Zosia przyjechała. Dla niego to była świetna okazja, żeby się od niej wyrwać”.

Podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych Krzysztof Komeda napisał swój najsłynniejszy utwór – kołysankę z filmu “Dziecko Rosemary” Romana Polańskiego. Film odniósł niebywały sukces artystyczny i komercyjny, a jazzmanowi otworzył drogę do wielkiej kariery w Hollywood. W swojej autobiografii Roman Polański tak wspominał czas powstawania utworu:

“Chcieliśmy, by delikatnie, sugestywnie nucona zabrzmiała na początku filmu. Zamiast zwrócić się do zawodowej piosenkarki poprosiłem, by zaśpiewała ją Mia (…). Zdumiało mnie, jak wspaniale (…) wywiązała się z zadania: w rezultacie nie ma wątpliwości, że to jej głos towarzyszy czołówce. Nie pierwszy raz mój film nabierał dodatkowego wymiaru dzięki cudownej, pełnej inwencji muzyce mojego przyjaciela Komedy”.

Krzysztof Komeda czuł się w Stanach doskonale. Wraz z przedstawicielami polskiej elity intelektualnej stworzył grupę artystyczno-imprezową, która balowała do rana i wspólnie się inspirowała. Marek Piestrak w rozmowie z Magdaleną Grzebałkowską tak wspominał jedno z przyjęć:

“Na przyjęciu w domu Romana Komeda siedział obok mnie przy dużym stole. Pojawił się skręt marihuany, szedł w kółko, każdy się zaciągał i oddawał następnemu. Drugi raz przeszło, trzeci i Krzysztof do mnie mówi: Ty, czujesz coś? Ja mówię: Nic nie czuję, co mam czuć? Na to on: No właśnie. Cholera, przereklamowana ta marycha. Jakbyśmy strzelili trzy pięćdziesiątki, to od razu byśmy poczuli”.

Nagła śmierć

Niestety błyskotliwej karierze Krzysztofa Komedy nie dane było w pełni się rozwinąć. W 1969 r. muzyk spadł ze skarpy w Los Angeles. Podobno został z niej przez przypadek zepchnięty przez pisarza Marka Hłaskę, z którym się przyjaźnili i dużo razem imprezowali w Stanach Zjednoczonych. Po wypadku jazzman czuł się kilka dni dobrze, jednak z czasem zaczął słabnąć.

Okazało się, że w wyniku upadku w jego mózgu powstał krwiak. Krzysztof Komeda został przetransportowany do Polski, jednak rodzimym lekarzom nie udało się już nic zrobić. Zmarł na rękach żony w wieku zaledwie 38 lat. Marek Hłasko, nie mogąc pogodzić się z tym, co zaszło, popełnił samobójstwo trzy tygodnie po feralnym wypadku…

Katarzyna Domagalska, źródło: plejada.pl

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on linkedin
LinkedIn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Nowości

Najnowsze

Otrzymuj nowe informacje

Subskrybuj cotygodniowe info

Otrzymuj powiadomienia o  artykułach